Szkocka opowieść nie tylko dla kobiet ?




"Outlander" bo o nim mowa, to adaptacja powieści Diany Gabaldon pod tym samym tytułem, w Polsce znana jako „Obca”. Z pewnością kojarzy ją większość czytelniczek. Osobiście nie czytałem żadnego z wydanych tomów powieści i nie zamierzam, więc tym samym wstrzymam się od porównań, związków i ich braku z fabułą serialu. Przyznam szczerze, że do tej pory nie miałem, aż tak sprzecznych opinii i odczuć, jak po obejrzeniu tej serii.



Pamiętam jak na kilka dni przed premierą pierwszego odcinka, stacja Starz chwaliła się i kusiła zarazem, pięknie zmontowanymi zapowiedziami. Na pierwszy plan wysuwały się epickie wręcz XVIII wieczne krajobrazy szkockich gór, dolin i lasów, jej rdzenni mieszkańcy dający łupnia anglikom, a wszystko to przy niezwykle charakterystycznej szkocko - irlandzkiej oprawie muzycznej. W późniejszym etapie cały ten szkocki klimat zaczął przeplatać się z obrazami lat 40-tych XX wieku, zaraz po II wojnie światowej i tu na głównym planie
dominowała para zakochanych podróżujących po terenach Anglii i Szkocji. Jak się później okazuje ta szczęśliwa para to małżeństwo, które po wybuchu wojny zostało rozdzielone na blisko pięć lat i teraz próbuje nadrobić stracony czas. Pomimo, iż na odległość wyczuć można było romansidło rodem z harlequina, nie zraziło mnie to i postanowiłem zaczekać na premierę serii „Outlander”, głownie za sprawą tego szkockiego klimatu, który mnie mocno zaintrygował.




Główny zarys fabuły był już niejako nakreślony w przygotowywanych wcześniej trailerach stacji Starz. Akcja serialu skupia się na Claire Randall (Caitriona Balfe), która po rozłące z mężem Frankiem Randall’em  (Tobias Menzies) odnajduje na nowo swoją miłość. Wybuch wojny zmusił ich do życia z dala od siebie. Claire pracowała na froncie jako sanitariuszka, a Frank wyjechał do Londynu, gdzie służył dla brytyjskiego wywiadu. Po pięciu latach spotykają się ponownie i przeżywają drugą miłość. Zwiedzając wspólnie rodzinne strony Franka, wybierają się do Szkocji, gdzie Claire w niewytłumaczalny sposób cofa się o 200 lat wstecz. Zdezorientowana, próbując zrozumieć co się stało, będzie zmuszona zaakceptować obecną sytuację i postarać się żyć w trudnych realiach XVIII wieku, czego ani Szkoci, ani Anglicy nie będą jej ułatwiać. Tym bardziej, że wśród brytyjskich oprawców, napotka Jacka Randalla – przodka Franka, z którym splotą się jej losy, a te będą miały bardzo gorzki smak.




Obok licznych wątków miłosnych i rozterek wewnętrznych, głównej postaci, które potrafią irytować, serię ogląda się dość przyjemnie. Z pewnością rekompensatą za dosyć monotonne i przeciągające fabułę wątki rodem z harlequina, są malownicze tereny szkockiej przyrody, zachwycające budowle starych zamczysk i cała oprawa muzyczna. Zarówno operatorzy zdjęć jak i ludzie odpowiedzialni za kostiumy i charakteryzację zawiesili sobie wysoko poprzeczkę. Całe tło historyczno- polityczne pod kątem estetycznym przedstawia się naprawdę imponująco. Również odtwórcy głównych ról radzą sobie bardzo dobrze. Z tej grupy wyróżnia się Tobias Menzies, który równolegle gra dwie postaci- Franka i Jacka. Na uznanie zasługują także: Sam Heughan (Jamie Fraser), Stephen Walters (Anghus Mhor), Gary Lewis (Colum MacKenzie), oraz Graham Mc Tavish (Dougal MacKenzie). Smaczku dodaje też fakt, że w serii bohaterowie mówią w swoim ojczystym języku gaelic.




„Outlander” to seria dziwna i ciężka do sklasyfikowania. Mieszają się tutaj różne gatunki, począwszy od romansu, poprzez fantasy, dalej kostiumowy, historyczny, by zakończyć na dramacie. Z jednej strony to dobrze, bo każdy znajdzie coś dla siebie, z drugiej natomiast zadajmy sobie pytanie: czy taka mieszanka nie spowoduje czasem niestrawności?





Z dużym dystansem przebrnąłem przez pierwszych osiem epizodów, momentami akcja spowalniała do tego stopnia, że seria zaczynała być mdła i nudna. Kolejne osiem to już znaczna poprawa. Fabuła zaczęła w końcu przeć do przodu, nie zabrakło też mocniejszych, bardziej męskich wątków. To co zasługuję na wyróżnienie to przede wszystkim fajny koncept John’a Dahl’a (współtwórca m.in. Hannibala i Breaking Bad), wspomagany przez naprawdę urocze zdjęcia i klimatyczną ścieżkę dźwiękową. Dzięki pracy aktorskiej wykreowane postaci wypadły naturalnie bez żadnych choćby najmniejszych oznak sztuczności, a dzięki zaangażowaniu charakteryzatorów, kostiumologów i scenografów poczucie realizmu znacznie wzrosło, nadając tym samym serii niezwykły, wyjątkowy klimat. Z kolei wspomniane wcześniej wątki romantyczne i ich częstotliwość hamowały znacznie tempo akcji, co skutkowało wszechobecnym znużeniem. Na pocieszenie zostawały jedynie sceny rozbierane i rubaszne szkockie dowcipy. Dodatkowym minusem i to bardzo zauważalnym, jest narracja głównej bohaterki. Bardzo przeszkadzało to w swobodnym oglądaniu. Odnosiło się bowiem wrażenie, jakby ktoś czytał książkę i w każdym zdaniu relacjonował przebieg wypadków. Takie zabiegi na tym poziomie i przy obecnej technologii w wysokobudżetowych produkcjach nie powinny mieć miejsca. Tak jak trudno sklasyfikować tą serię pod względem gatunkowym, tak samo, a nawet ciężej, ocenić ją jednostronnie i obiektywnie.




 „Outlander” nie jest może klasą premium i na wyżyny kultowych i wyjątkowych seriali też nie dotrze, jednak nie można mu zarzucić, że jest serialem nie udanym. Jest to całkiem przyzwoita seria, która posiada swoje perełki w kilku aspektach. Jest inny i ma charakter. Gdyby tylko twórcy zwiększyli tempo akcji, okroili trochę wątki romantyczne, kosztem udziału scen batalistycznych i okrasili to odpowiednią dawką humoru, powstał by z tego istny majstersztyk. Mimo to"Outlander" powinien przypaść do gustu żeńskiej części publiczności , dzięki swej romantycznej konstrukcji, która zdominowała fabułę, oraz licznym scenom zbliżeń, które są nieodzownym aspektem każdego romansidła.  Co do męskiej widowni, no cóż.. w końcu płeć piękna zasługuje też na swój serial.

.firstpage, .lastpage {display: none;}